W naszej kulturze tylko jeden Człowiek był na tyle mega, że pokonał Śmierć. 
 
Ale i tak zrobił to jakby w barażach, a poza tym na tyle dawno, że wielu współczesnych nie potrafi tego ogarnąć i traktuje jak jakąś bajkę. Do tego Człowiek ów był jednocześnie synem samego Boga, więc też miał nieco łatwiej, niż my, zwyczajni.
 
Myślę o tym w przededniu Haloween – Święta duchów i koszmarów.
 
Fetowana, ale i trywializowana tej nocy Śmierć ma w sobie jakiś chory, choć zarazem nieodparty urok. I pewnie to powoduje, że coraz większa liczba osób, coraz śmielej pcha się w jej ramiona. Jest też jest jakaś niepokojąca zbieżność pomiędzy rosnącą grupą ludzi mających trudność z uwierzeniem w boskie zwycięstwo nad śmiercią, a wyznawcami kultu grozy i szpetoty. Co roku, w okolicach pierwszego listopada odnoszę wrażenie, że ludzie próbując zanegować swoje przemijanie, upychają wszystkie lęki związane z tym tematem w ten jeden właśnie dzień. No dobrze, i w kilka jeszcze weekendowych nocy wypełnionych horrorami.
 
Trudno mi się przekonać, że ma to jakiś związek z uporządkowaniem spraw, refleksją nad przemijaniem, chwyceniem ‚byka za rogi’. Intuicja podpowiada, że wspólnym mianownikiem do śmiałego poczynania sobie w Halloween jest raczej brak refleksji w ogóle. Zatupanie, zakrzyczanie i wyśmianie nieprzemijalnego.
 
Czy to złe? Ha. Tu dotykamy tego, o czym w szkole uczą, że stanowi kwintesencję człowieczeństwa.
 
Faceta, który sam staje na przeciw rozwścieczonego psa, czy potrafi do rozsądku przemówić dwóm pijanym dżentelmenom molestującym na przystanku śliczną nastolatkę postrzegamy zazwyczaj jako bohatera. Gdyby ci, co świętują w Halloween, buńczucznie śmiejąc się twarz temu, co ostateczne, potrafili  zazwyczaj przymioty męstwa odnajdywać także i w realnych sytuacjach, to pewnie tutaj słowa bym im nie poświęcił.
 
Niestety, z tego co widzę, często są to ludzie, których po prostu wyuczono odkładać swoje problemy na później. I leżą te problemy tam, czekając na swoją kolej – te dawne, niedotrzymane obietnice, te niespłacone kredyty i te inne, nienazwane i mimo prób o których tu mowa – nieoswojone. 
 
Najostatniejsze z ostatnich.